Rekordy online
Guacamelee!
Przyznam, że meksykańskie klimaty w grach komputerowych niezbyt mnie rajcują. Ale Guacamelee! jest tak dobre, że z przyjemnością spędziłem kilkanaście godzin w towarzystwie piñat, masek, calaveras i ukulele.
W zasadzie gdyby nie to, że bijatyki nigdy nie były moją mocną stroną, napisy końcowe ujrzałbym już po kilku godzinach. Ale to jedyny poważniejszy zarzut – zresztą, za pięć dyszek rozrywki i tak jest multum.
Guacamelee! to gra w stylu Metroidvanii: połączenie platformówki, bijatyki i otwartego świata. Otwartego, choć nie do końca: w większość zakamarków i ukrytych miejsc nie dostaniesz się, dopóki nie poznasz odpowiedniej umiejętności. Dlatego jeśli masz zamiar ukończyć całość na 100%, licz się z koniecznością kilkukrotnego powracania do tych samych lokacji.
Produkcja ma nawet jakąś tam fabułę (krążącą wokół śmierci i porwania), ale i tak najważniejsza jest tu walka. Muszę przyznać, że sprawia ona mnóstwo frajdy, zwłaszcza wtedy, gdy grasz ze znajomym w kooperacji. W wielu mordobiciach postać reaguje zbyt wolno, a kombosy – takie mam wrażenie – wchodzą od przypadku do przypadku. Tutaj nie miałem takich problemów. Może dlatego, że gra pozwala na spokojnie wyćwiczyć wszystkie ruchy, a checkpointy rozstawiono dość hojnie.
Na PC Guacamelee! ukazało się jako Gold Edition, a więc z bonusowymi DLC, za które konsolowcy musieli dodatkowo zapłacić. To tylko jeden z naprawdę wielu powodów, by zainwestować w tę grę. Urocza oprawa audiowizualna, lejąca się hektolitrami grywalność, stosunkowo duża nieliniowość (są tu nawet questy poboczne!) – wypisz wymaluj, ideał na przerwę świąteczną.